jak sucha studnia wodę tekst

Dobrze jest go odpowiednio zdezynfekować. Przed poborem próbki należy spuszczać wodę przez kilka minut jednostajnym strumieniem. Chodzi o to, aby warunki poboru wody były stabilne. Butelkę należy napełnić powolnym strumieniem aż do momentu przelania się. Po napełnieniu butelkę lekko ścisnąć i szczelnie zamknąć. DrillPol > Artykuły > Przydomowa studnia czy woda z wodociągów miejskich? Woda jest nieodłącznym elementem naszego codziennego życia. Bez źródła wody oraz odprowadzania ścieków jak wiadomo nie da się żyć. Woda zaspokaja pragnienie, zapewnia zdrowie oraz jest podstawowym elementem higieny osobistej. Skąd pobierać wodę, aby mieć Jak zapalniczka płomień. Jak sucha studnia wodę” Perfect – Kołysanka dla nieznajomej „I am a woman in love . and I’d do anything . to get you into my world, and hold you within” „Jestem zakochaną kobietą. I zrobiłabym wszystko, Żeby zabrać Cię do swojego świata. I tam Cię zatrzymać” Barbra Streisand – Woman in Love Słuchaj jak dwa serca biją . Co ludzie myślą - to nieistotne Kochaj mnie . Kochaj mnie . Kochaj mnie nieprzytomnie . Jak zapalniczka płomień . Jak sucha studnia wodę . Kochaj mnie namiętnie tak . Jakby świat się skończyć miał Swoje miejsce znajdź . I nie pytaj czy taki układ ma jakiś sens . Słuchaj co twe ciało mówi Przepisy mówią wprost, że jeśli studnia ma głębokość do 30 metrów, a jej średnioroczna dobowa wydajność nie przekracza 5 m 3, to taką inwestycję trzeba tylko zgłosić we właściwym urzędzie gminy (co i tak robi niewielu inwestorów). Dużo więcej zachodu jest z zalegalizowaniem głębszej lub wydajniejszej studni. Tutaj nonton film ada apa dengan cinta 3. CytatybazaJózef StalinSzczery dyplomata jest jak sucha woda albo drewniane [...] Szczery dyplomata jest jak sucha woda albo drewniane żelazo. Nieco podobne cytaty (Gargantua) chował się przed deszczem pod rynnę, kuł żelazo, kiedy wystygło, myślał o niebieskich migdałach, łowił ryby przed niewodem, mówił hop, zanim przeskoczył, mur przebijał głową, drapał się, gdzie go nie swędziało, budował domy na piasku, zaglądał w kuchni do garnków, łaskotał się, aby się pobudzić do śmiechu, podkuwał żabom nogi, sypał wróblom soli na pośladek, opasywał się siekierką, podpierał się workiem, studnie stawiał na piecu, wodę czerpał przetakiem, ryby łowił widłami, sarny strzelał makiem, psuł papier, bazgrał po pergaminie, rachował się bez gospodarza, chwytał dwie sroki za ogon, szukał wiatru po świecie, darowanemu koniowi zaglądał w zęby, pierdział wyżej niż dziura w zadku. Czekał aż mu pieczone gołąbki wpadną same do gąbki, troskał się o zeszłoroczny śnieg, szukał dziur na całym. Kiedy jesteś na szczycie, masz uczucie nieśmiertelności. Czujesz, że nie możesz nic zrobić źle, wszystko jest dobrze bez względu na rolę. Cóż, tak naprawdę to uczucie jest śmiertelne. Musisz być ze sobą szczery. Żelazo ostrzy się żelazem. Tak jeden człowiek zaostrza oblicze drugiego. Cytaty pochodzi z: Biblia Nie czekaj z kuciem, aż żelazo będzie gorące; uderzaj by je rozgrzać. Coś, przed czym w świecie nic nie uciecze, Co gnie żelazo, przegryza miecze, Pożera ptaki, zwierzęta, ziele, Najtwardszy kamień na mąkę miele, Królów nie szczędzi, rozwala mury, Poniża nawet najwyższe góry. Cytaty pochodzi z: Hobbit Doświadczenie Powstania Warszawskiego wywierało także wpływ hamujący na „wielkiego brata”. Zapamiętano w Moskwie, że Polacy są niebezpiecznym narodem, który w obronie imponderabiliów gotów jest iść na wszystko. Liczono się tam z pewnością z tym, że koszty polityczne interwencji wojskowej w Polsce mogą się okazać o wiele wyższe niż inwazja Węgier i Czechosłowacji. Sowiecki dyplomata, zapytany przez Amerykanów, dlaczego Sowiety nie wkroczyły do Polski w 1980/1981 r., odpowiedział: – bo wiedzieliśmy, że w odróżnieniu od Czechów Polacy nie ograniczą się do opluwania naszych czołgów. Szukasz duchowości w codzienności? Oto przykład. W tej piosence o namiętnej miłości jest coś, co przypomina mi zapiski mistyków, którzy oglądali Boga twarzą w twarz.„Kochaj mnie nieprzytomnie, jak zapalniczka płomień, jak sucha studnia wodę…”. Kołysanka dla nieznajomej zespołu Perfect to piękna piosenka o namiętności i seksualnej bliskości. Mnie jednak zawsze kojarzyła się z czymś jeszcze – z rozmową Boga z ma powodu przypuszczać, że ta ballada została napisana jako coś innego niż historia spotkania dwojga kochanków. Tekst Bogdana Olewicza (na marginesie: autora wielu przebojów) to pełna pasji, oddania i namiętności rozmowa mężczyzny z kobietą. On chce odnaleźć razem z nią prawdziwą intymność, zagubioną – jak można przypuszczać – po latach wspólnego gdybym powiedziała, że wszystko mi się podoba w takiej wizji związku (chyba najmniej rada, żeby znaleźć swoje miejsce i nie pytać, czy taki układ ma jakiś sens), ale w tej piosence jest coś, co przypomina zapiski mistyków, którzy oglądali Boga twarzą w także:Gabriela Bossis. Kobieta sukcesu, singielka, mistyczkaPo pierwsze: miłośćKochaj mnie. Kochaj mnie. Kochaj mnie nieprzytomnie, Jak zapalniczka płomień, Jak sucha studnia wodę. Kochaj mnie namiętnie tak, Jakby świat się skończyć natłoku rachunków do zapłacenia, telefonów do wykonania czy – jak ostatnio w moim przypadku – ćwiczeń na bolące kolano może umknąć to, co najważniejsze: że Bóg oszalał z miłości do mnie namiętnie, czule i zazdrośnie. I jedyne, czego chce, to to, żebym ja również Go pokochała. Nie chodzi o pobożne składanie rączek (choć moim zdaniem pobożne składanie rączek bywa bardzo pomocne). To ma być miłość totalna, która nadaje sens mojemu istnieniu. Tak jak zapalniczka nie ma sensu bez płomienia, a studnia bez wody, podobnie ja „nie mam sensu” bez kochać Boga „tak, jakby świat się skończyć miał”. Zwłaszcza, że ten świat naprawdę kiedyś się skończy i kiedyś przed Nim stanę. Warto, żebym o tym pamiętała, kiedy decyduję, gdzie lokuję swoje serce, myśli, ambicje i także:Magdalena Siemion: Seks według Jana Pawła II Cię wyzwoliCzego pragniesz?Gdy nie bawi cię już Świat zabawek mechanicznych, Kiedy dręczy cię ból Niefizyczny, Zamiast słuchać bzdur, Głupich telefonicznych wróżek zza siedmiu mórz, Spytaj siebie, czego pragniesz. Dlaczego kłamiesz, że miałaś wszystko?Kiedy przychodzę do Boga, pyta mnie: „Czego pragniesz?Czego NAPRAWDĘ pragniesz? Czym się faktycznie martwisz, kiedy prosisz Mnie o rozwiązanie tego problemu? Powiedz mi wszystko”.„Uczyniłeś nas dla Siebie, o Boże, i nasze serce nie znajdzie pokoju, dopóki nie spocznie w Tobie” – pisał św. Augustyn. Nawet najzasobniejsze konto, najgrzeczniejsze dzieci ani najbardziej profesjonalna terapia psychologiczna nie zalepią dziury, którą człowiek nosi w sercu, kiedy nie zna Boga i nie daje się porwać Jego On nie jest naczyniem na szczęście, służącym do tego, żebym nalewała sobie wtedy, kiedy robi się smutno albo trudno. Jest Panem mojego życia i wszystkiego, co mnie spotyka. Czasem nawet specjalnie odbiera mi radość obcowania z Nim po to, żebym kochała Go dla Niego samego, a nie dla szczęścia, które mi daje. Szczęście jest „efektem ubocznym” kochania Go i wierzenia ‘93Gdy udając, że śpisz, W głowie tropisz bajki z gazet, Kiedy nie chcesz już śnić Cudzych marzeń, Bosa do mnie przyjdź I od progu bezwstydnie powiedz mi, czego chcesz. Słuchaj, jak dwa serca biją. Co ludzie myślą – to Perfectu była pisana na początku lat 90., więc dzisiaj zamiast o „telefonicznych wróżkach” i „bajkach z gazet” trzeba by chyba mówić o internetowych doradcach i filmikach na YouTube. Czy oglądając zdjęcia znajomych z wakacji na Karaibach albo czytając porady dietetyka-celebryty, który mnie przekonuje, że powinnam schudnąć 20 kilogramów w dwa tygodnie, nie zaczynam czasem myśleć, że prawdziwe życie toczy się gdzie indziej?Czy marzenia, które śnię, są naprawdę moimi marzeniami? Czy są warte tego, żeby je śnić? Jezus chce, żebym do Niego przyszła bez maski i przebrania, całkiem bosa – i posłuchała, jak biją nasze serca. Po także:5 sposobów na pielęgnowanie wiary w codziennym życiu Gdy nie bawi cię już świat zabawek mechanicznych,kiedy dręczy cię ból nie słuchać bzdur, głupich telefonicznych wróżek zza siedmiu mórzSpytaj siebie czego pragniesz, dlaczego kłamiesz, że miałaś udając, że śpisz, w głowie tropisz bajki z nie chcesz już śnić cudzych marzeń, bosa do mnie przyjdźi od progu bezwstydnie powiedz mi czego jak dwa serca ludzie myślą to mnie!Kochaj mnie!Kochaj mnie nieprzytomnie jak zapalniczka płomień, jak sucha studnia mnie namiętnie tak jakby świat się skończyć miejsce znajdź i nie pytaj czy taki układ ma jakiś co twe ciało mówi, w miłosnej studni już nie mnie!Kochaj mnie!Kochaj mnie nieprzytomnie jak zapalniczka płomień, jak sucha studnia mnie namiętnie tak jakby świat się skończyć mnie!Kochaj mnie!Kochaj mnie księżyc w oknie śmiej się i płacz, na linie nad przepaścią w jedną, krótką chwilę pojmiesz po co żyjesz. W 1997 roku nasz redakcyjny kolega, Marek Chromicz, napisał pierwsze teksty poświęcW 1997 roku nasz redakcyjny kolega, Marek Chromicz, napisał pierwsze teksty poświęcone poszukiwaniu poniemieckich skarbów. Redaktorowi Chromiczowi udało się pozyskać zaufanie wielu eksploratorów, dzięki czemu w krótkim czasie stał się prawdziwym specem od „sekretnych skrytek” , bursztynowej komnaty i złotego pociągu. Na przestrzeni kilku lat napisał wiele tekstów na ten temat, co przysporzyło mu wielu fanów, Nowinom Jeleniogórskim wielu nowych czytelników. Od ukazania się pierwszej publikacji minęło już ponad 20 lat. Można śmiało powiedzieć, że dorosło całe nowe pokolenie młodych ludzi. W tym czasie kilka zagadek zostało rozwiązanych, w kilku miejscach prowadzi się oficjalne prace archeologiczne. Nie bacząc na to zdecydowaliśmy się przypomnieć publikacje Marka Chromicza, bez ingerencji w ich zawartość. Sięgamy zatem głęboko do naszego archiwum, by przypomnieć jeszcze starsze historie. Liczymy też na to, że internet ma ogromną siłę dotarcia do wielu ludzi, nie tylko mieszkańców regionu. Jeżeli są Państwo gotowi – to zapraszamy w każdy weekend na nasz portal, aby pobuszować w historii naszego tygodnika oraz historii naszych ziem. Poniższy tekst ukazał się w czerwcu 1998 roku. one poszukiwaniu poniemieckich skarbów. Redaktorowi Chromiczowi udało się pozyskać zaufanie wielu eksploratorów, dzięki czemu w krótkim czasie stał się prawdziwym specem od „sekretnych skrytek” , bursztynowej komnaty i złotego pociągu. Na przestrzeni kilku lat napisał wiele tekstów na ten temat, co przysporzyło mu wielu fanów, Nowinom Jeleniogórskim wielu nowych czytelników. Od ukazania się pierwszej publikacji minęło już ponad 20 lat. Można śmiało powiedzieć, że dorosło całe nowe pokolenie młodych ludzi. W tym czasie kilka zagadek zostało rozwiązanych, w kilku miejscach prowadzi się oficjalne prace archeologiczne. Nie bacząc na to zdecydowaliśmy się przypomnieć publikacje Marka Chromicza, bez ingerencji w ich zawartość. Sięgamy zatem głęboko do naszego archiwum, by przypomnieć jeszcze starsze historie. Liczymy też na to, że internet ma ogromną siłę dotarcia do wielu ludzi, nie tylko mieszkańców regionu. Jeżeli są Państwo gotowi – to zapraszamy w każdy weekend na nasz portal, aby pobuszować w historii naszego tygodnika oraz historii naszych ziem. Poniższy tekst ukazał się w sierpniu 1999 miejsce jest ukryte wśród starych drzew i choć leży tylko kilkadziesiąt metrów od polnej drogi, dość trudno je znaleźć. Studnia leży u podstawy ruin, które w czasie wojny były siedzibą wielkiego gospodarstwa. Dziś w tym miejscu jest tylko sterta zarastającego samosiejką gruzu i piękne, stare piwnice. Te zresztą także zachowały się tylko w części, a to, co przetrwało, jest systematycznie miejsce już od wielu lat przyciąga poszukiwaczy skarbów, szczególnie tych, którzy wiedzą, że gdzieś w okolicy, przed kilku laty, ktoś dotarł do wielkiego i bogatego schowka zwanego „szczeliną”. Tego, z którego wyciągnięto niezwykle cenne jaja Faberge. Zapewne dlatego ta okolica jest ciągle intensywnie penetrowana, a mury piwnic dawnego domu mieszkalnego ciągle przekuwane na wylot w poszukiwaniu ukrytego tajemnicę tego miejsca stanowią studnie, których na małym obszarze doliczono się aż czterech. Dwie z nich zostały bezpowrotnie zawalone skalnym gruzem w taki sposób, że ich odsłonięcie byłoby bardzo kosztowne. Do jednej, po usunięciu wielkich głazów, dałoby się chyba z pewnym trudem wejść. Zaś druga z nich jest ciągle otwarta i dobrze zachowana. Ukryta niegdyś tuż pod murem istniejącego tu domu, na całej długości zachowała kamienne obmurowanie, w doskonałym zresztą stanie. Kilka lat temu z tej właśnie studni wyciągnięto dwa niemieckie motocykle, rozłożone na części i w całkiem dobrym stanie. Nie ma w tym nic dziwnego, bo choć studnia ma obecnie ponad 16 metrów głębokości, jest nie tylko zupełnie sucha, ale i w jakiś sposób przewietrzana…Znikające dowództwoPoszukiwacze „skarbów” stowarzyszeni w TALPIE i jej prezes, M. Bojko, o istnieniu studni bez dna w okolicach Przeździedzy słyszeli już dawno temu. M. Bojko przyznaje, że ustalenie dokładnej lokalizacji studni zajęło mu dłuższy czas. Informacje bowiem, które zdobył, były dość dokładne, tyle że wymagały przeszukania kilku stoków w okolicach Przeździedzy i Marczowa. Ale prezes nie żałuje pozornie straconego czasu, bo dzięki rozmowom z wieloma ludźmi udało się zdobyć kilka ważnych informacji o tym, co działo się tu pod koniec wojny. Z historycznych bowiem danych wiadomo tylko, że ten teren był zajęty w zasadzie jedynie przez niemieckie wojska osłonowe i nie doszło tutaj do znaczących bitew. Mimo tego żołnierzy, którzy zajmowali się nie całkiem militarnymi zadaniami, do końca wojny było tu Knabe, podoficer niemieckiego 52. Korpusu, po 1957 roku wielokrotnie przyjeżdżający w te okolice, opowiadał, że na wschód od Marczowa, w górach, mieściło się niemieckie dowództwo. Jego uwagę już w zimie 1944 roku zwróciło to, że niektórzy oficerowie sztabu każdego niemal dnia znikali w lesie, na wschód od Marczowa, a wracając, niemal zawsze nadchodzili od strony Przeździedzy, z drugiej strony Bobru. Po kilku tygodniach pobytu w tej okolicy wiedział już, że teren ten jest jak kretowisko, w którym ludzie od kilkuset lat poszukiwali złota i innych minerałów. Łatwo więc domyślił się, że siedzibą sztabu musi być jakaś stara wspominał, że kiedyś, przy piwie, zapytał jednak innego żołnierza, swojego kolegę, jak to się dzieje, że sztabowcy znikają w Marczowie, a wracają jakby z Przeździedzy,Najbardziej bowiem fascynowało go to, że oficerowie wracali zza Bobru, ale przecież nie szli tam przez most! Pamięta, że jego pytanie wywołało wręcz popłoch u kolegi podoficera, który często pełnił służbę gdzieś w Przeździedzy, właśnie po drugiej stronie Bobru. Knabe wtedy dowiedział się tylko tyle, że niektórzy oficerowie znikający w Marczowie, w Przeździedzy pojawiają się na stoku nad wsią dosłownie spod ziemi. Wychodzą bowiem wprost… ze jeszcze w latach siedemdziesiątych opowiadał, że zanim odjechał w styczniu 1945 roku na front, jeden z żołnierzy powiedział mu, że gdzieś w okolicy, w wielkich podziemiach mieści się nie tylko sztab, ale i wielkie magazyny broni, amunicji i innego wojennego sprzętu. Już po wojnie, w czasie jednego ze spotkań wojennych kolegów, dowiedział się także, że po jego wyjeździe na front na stację w Marczowie zaczęły przyjeżdżać silnie strzeżone, często pojedyncze wagony, których rozładunek był otoczony ścisłą tajemnicą. Co było w tych wagonach, podobno nie wiedział który ostatni raz był w Marczowie i Przeździedzy w 1988 roku, nie ukrywał, że jego leśne spacery miały tylko jeden cel. Były próbą odtworzenia topografii tego terenu sprzed lat i znalezienia wejścia do sztabowych podziemi. Świadek, który rozmawiał z Knabem w 1988 roku twierdzi, że ten żadnego wejścia nigdy nie odnalazł. Podobno wspomniał jednak, że Knabe zlokalizował studnię bez wody, która pasowała do opowiadań o miejscu, w którym wychodzili oficerowie sztabu. Niemiec ten zapowiadał, że wróci i kiedyś do niej wejdzie. Jednak od ponad 11 lat nikt go już w Marczowie nie kochankowieHenryk S. pochodził z Tarnowa. Na roboty do Niemiec został wywieziony jesienią 1943 roku. Trafił do pracy dość szczęśliwie, w dużym i zasobnym gospodarstwie rolnym w Marczowie. Jego bauer, choć oficjalnie był niezwykle srogi i wielokrotnie bił swoich niewolników, w istocie nikomu jednak nie uczynił krzywdy. Co więcej, gdy Henryk S. zaczął się jesienią 1944 roku spotykać z młodą dziewczyną, Niemką z sąsiedztwa, jedynie ostrzegał ich, że to się „kiedyś źle skończy”. Dziewczyna zaś twierdziła, że są bezpieczni, bo dobrze zna pewnego oficera SS, syna najbogatszego w tej okolicy Niemca, mieszkającego w Przeździedzy. Jej pewność siebie graniczyła wręcz z S. doskonale wiedział, co za wzajemną miłość grozi jemu i jego niemieckiej dziewczynie. Starał się być ostrożny, Ale nie miał wyjścia, tym związkiem rządziła dziewczyna. Była z tej wsi, znała nieszczęścia doszło wczesną wiosną 1945 roku. Pod koniec marca Niemcy zarządzili ewakuacje wielu domów w Marczowie i kilkunastu rodzin z Przeździedzy, zmuszając mieszkańców do wyjazdu Ci, którzy mieli w okolicy krewnych, mieli się wynieść do nich, a reszcie zagwarantowano mieszkanie w jednej z okolicznych szkół. Władze zapowiedziały, że o dalszym losie powiadomią wysiedlonych za kilka dni. Henryk S. o wysiedleniach dowiedział się od dziewczyny. Od niej także wiedział, że Rosjanie są już pod Wrocławiem. Postanowił zaczekać, licząc na to, że właśnie nadchodzi front i wyzwolenie. Wraz z nim, w ogromnej bauerskiej stodole, w schowku za magazynem zboża, postanowiła zostać także dziewczyna. Ukryci przetrwali noc. Rano, gdy okazało się, że wieś jest zupełnie pusta, a z okienka na poddaszu nie widać żadnych żołnierzy, dziewczyna postanowiła pójść do swojego domu po więcej ubrań i zapasy żywności. Dla bezpieczeństwa miała iść sobie tylko znanymi opłotkami rodzinnej wsi. Strzały padły w kilka chwil po wyjściu dziewczyny. Henryk S, z. okienka na poddaszu zobaczył, jak kilkaset metrów dalej dziewczyna leży na drodze, otoczona przez żołnierzy. Nie mógł zrobić dosłownie nic. Mógł liczyć jedynie na to, że zastrzelono ją, zanim powiedziała, że nie była okienka na poddaszu Henryk S, widział fragment stacji kolejowej w Marczowie i tory, na których co jakiś czas podstawiano nowe wagony. Świadek ów opowiada, że zauważył, iż na stację podjeżdżają ciężarówki w eskorcie motocyklistów. To go zainteresowało i wyjaśniało zarazem powody ewakuacji wsi. Choć odległość od stacji była spora, zauważył, że z wagonów coś jest ładowane na ciężarówki, które pod eskortą wyjeżdżają w stronę Przeździedzy. Henryk S. opowiada, że zorientował się, iż ciężarówki znikają gdzieś w okolicy gospodarstwa należącego do ojca SS-mana, znajomego jego dziewczyny. Świadek twierdzi też, że właśnie wtedy skojarzył obecność tego człowieka w domu z wyładunkiem i przewożeniem S. zmarł kilka lat temu we Wrocławiu. Jak twierdził, po wojnie już nigdy nie był w tej okolicy, ale M. Bojko opowiada, że jednak doskonale pamiętał topografię terenu i lokalizację aż trzech z czterech odnalezionych dotychczas studni. Człowiek ów twierdził, że właśnie gdzieś pod tymi studniami, pod stokiem, na którym było wielkie gospodarstwo rolne, znikały ciężarówki. Henryk S. o tej sprawie opowiadał bardzo niechętnie i podobno nigdy właściwie nie wyjaśnił, w jakich okolicznościach się uratował i przetrwał do końca wojny. Mówiono o nim, że żył bardzo biednie, ale równocześnie w Tarnowskiem postawił kilka domów. Podobno za spadek z wieje?Jedyna z obecnie dostępnych studni ma głębokość 16 metrów i jest zupełnie sucha. Ludzie TALPY, którzy ostatnio dokładnie penetrowali to miejsce, twierdzą, że studnia jest w istocie znacznie głębsza. Zawalono ją bowiem skalnym gruzem na nieznaną głębokość, a jego usunięcie jest możliwe tylko po zastosowaniu mechanicznej wyciągarki. To jednak wymaga poważnych nakładów. Próba poruszenia kamieni rzuconych na dno studni, na bardzo zresztą ograniczonej przestrzeni, dowodzi, że warstwa skalnego gruzu sięga na pewno kilku metrów. I nikt nie wie, co kryje się pod nią. Wiadomo tylko, że wyciągnięte stąd niegdyś motocykle były schowane właśnie pod kamieniami, na jej dnie. A zachowały się w dobrym stanie, bo, jak twierdzi M. Bojko, na dnie studni jest lekki… przewiew. Doskonale zachowana kamienna cembrowina wyklucza, by wiało zza tych kamieni. Zaś zapalona zapałka potwierdza, że ciągnie gdzieś od sprawdzić, skąd wieje, potrzebny jest ciężki sprzęt, który pozwoli dotrzeć do prawdziwego dna studni. W tym celu należy usunąć wiele ton kamieni. Ile, tego nie wie nikt. A może jednak ktoś wie, skoro zadał sobie trud ukrycia pod kamieniami, w ostatnim już chyba czasie wojny, kilkunastu sztuk starej, zupełnie przerdzewiałej, niemieckiej broni. Takiego ukrycia, które gwarantowało, że każdy, kto będzie penetrował tę studnię, musi ten złom znaleźć. Czy to tylko pociecha dla poszukiwaczy? Czy może jakiś znak?Jest kilka poważnych teorii o istnieniu w okolicy tej studni wielkich podziemi – starych kopalni, w latach wojennych przystosowanych do nowych zadań. Zdaniem tych, którzy schodzili do suchej studni, jest ona właśnie elementem podziemi, a nie miejscem, z którego kiedykolwiek czerpano wodę. Twierdzą oni, że wręcz niemożliwe jest, by na tak znacznej głębokości, w studni leżącej niemal u podstawy wielkiego, lekko podmokniętego stoku, na naturalnym jej dnie nie zbierało się ani trochę wody! Skoro zaś jej tam nie ma, wyjaśnienia pozostają tylko dwa. Albo jest to miejsce o niezwykłych właściwościach geologicznych, albo ta studnia ma swoje dno znacznie niżej poziomu kamieni. A w dnie odpływ. Układ terenu jest wprost wymarzony do tego, by była on kominem wentylacyjnym jakiegoś podziemnego systemu. Stąd pewność, że na jej dnie „wieje”, ma ogromne taki „koniec świata”Marczów i Przeździedza także dzisiaj leżą na uboczu głównych szlaków. Jest to niemały problem dla mieszkańców tych wsi, gdzie i o pracę trudno, i wszędzie daleko. Ale to właśnie położenie niemal na „końcu świata” miało pod koniec wojny swoje walory. Gwarantowało bezpieczeństwo ukrycia różnych rzeczy. Dlatego ktoś zdecydował się w chłopskim domu, bez jakiegokolwiek zabezpieczenia, ukryć niezwykle cenną kolekcje motyli. Tę, którą przez wiele lat oglądali goście zwiedzający pałac Schaffgotschów w Cieplicach. W tej samej wsi, w 1947 roku KBW znalazł kolekcję obrazów, które odkryto w czasie poszukiwań członków niemieckiego Werwolfu. Mówiono wtedy, że niektóre z nich pochodziły z Wawelu. We wsi mówi się także o tajemniczych wizytach Niemców i równie tajemniczych wykopach, które pozostają po takich wizytach w okolicznych ziemia kryje ciągle jeszcze sporo tajemnic. Gdzieś tu jest „szczelina”, gdzieś tu zniknęły transporty, które widział Henryk S. Niektórzy poszukiwacze wręcz twierdzą, że studnia bez wody jest kominem wentylacyjnym właśnie owej „szczeliny”, a jedna z zasypanych studni – wejściem do tego, podobno ciągle bardzo bogatego, podziemia…Marek ChromiczFot. Przeździedza kamieniołom, nr 33, r. zdj.: Cristian Castillo Kilkunastu wolontariuszy ustawiło się w rzędzie na długim drewnianym pomoście. Pomimo poranka słońce świeciło już na tyle mocno, że całą operację trzeba było przeprowadzić możliwie szybko – inaczej niektórzy zaczęliby mdleć z gorąca. Koordynator projektu podszedł do każdego z uczestników, wręczając planszę ze zdjęciem. Tak zaczęła się historyczna rekonstrukcja suszy. Wolontariusze zeszli z pomostu i pomknęli, każdy w inny kąt jeziora, oddaleni od siebie czasem nawet o kilkaset metrów. Za nimi ruszył fotograf, pilnujący by miejsca, w których stanęli, odpowiadały tym z trzymanych przez nich zdjęć. Ta opowieść wydaje się na pierwszy rzut oka zawierać przynajmniej kilka sprzeczności. Jak można stać w wielkim jeziorze? I pozować przy tym do zdjęć? Z wielkimi kartonami w rękach? W normalnych warunkach można by to uznać za niespecjalnie spójny opis artystycznego happeningu. Tylko że warunki na dawnym jeziorze Laguna de Aculeo normalne nie są. Położony w środkowym Chile, nieco ponad 70 kilometrów od stolicy kraju – Santiago, akwen był przez setki lat jednym z najważniejszych źródeł słodkiej wody dla lokalnych populacji – najpierw rdzennych Mapuczy, potem europejskich kolonizatorów, wreszcie – współczesnych Chilijczyków. Był, bo w 2018 roku oficjalnie przestał istnieć jako zbiornik wodny. Laguna wyschła zupełnie, dzisiaj jest wielkim na 12 kilometrów kwadratowych pustynnym obszarem, po którym prędzej niż pływać łódką można przejechać się samochodem terenowym. Na tragedię laguny chciał zwrócić uwagę chilijski oddział Greenpeace, organizując przywołany wyżej happening. Fotografie wolontariuszy miały pokazać kontrast pomiędzy tym, co było, a dzisiejszą rzeczywistością. Każdy z nich stawał w miejscu uwiecznionym na zdjęciu z czasów, w których jezioro było jeszcze pełne wody. Teraz, w 13 roku suszy jest ona co najwyżej mglistym wspomnieniem. Choć akurat historia Laguna de Aculeo jest jedną z bardziej drastycznych ilustracji chilijskich problemów z suszą, sytuacja w innych częściach kraju jest niewiele lepsza. Według danych UN-Habitat, agencji Narodów Zjednoczonych do spraw obszarów zamieszkałych przez ludzi, milion mieszkańców tego kraju nie ma regularnego dostępu do wody pitnej. Oczywistym winowajcą tej sytuacji jest katastrofa klimatyczna. Tylko w ciągu ostatnich kilkunastu lat średnie temperatury w Chile podniosły się o jeden stopień Celsjusza, do 2050 roku wzrosną o kolejne 1,5-1,7 stopnia. Coraz rzadziej pada tam deszcz. W centralnej, najgęściej zaludnionej części kraju, w której mieszka blisko dwie trzecie Chilijczyków, opady zmniejszyły się aż o 30 procent na przestrzeni zaledwie 10 lat. Zmieniający się klimat nie daje jednak wszystkich odpowiedzi na pytania o znikającą wodę. Znaczną ich część znaleźć można za to w najnowszej historii chilijskiego neoliberalizmu. Święta własność wody Po zamachu stanu zainicjowanym 11 września 1973 roku przez wojsko pod przywództwem generała Augusto Pinocheta Chile stopniowo stawało się wolnorynkową utopią. Pod rządami junty i jej cywilnych ideologów, na czele z bratem poprzedniego prezydenta kraju, José Piñerą, kraj ten w najbardziej zaawansowany sposób wcielił w życie zasady deregulacji, prywatyzacji i minimalnego zaangażowania państwa w gospodarkę. Dokumentem o znaczeniu formacyjnym była w tym zakresie przygotowana przez Piñerę ustawa zasadnicza, przyjęta w referendum 1980 roku i wprowadzona w życie rok później. Kierujący wówczas resortem pracy i polityki społecznej ekonomista nazwał ją „konstytucją wolności”, na cześć jednej z najważniejszych prac swojego ideologicznego mistrza, Augusta Friedricha von Hayeka. Oprócz prawd z jego punktu widzenia oczywistych, jak nadrzędna rola rynku czy świętość własności prywatnej, konstytucja ta zawierała szereg praw niespotykanych w innych tego typu dokumentach nigdzie na świecie. Jednym z nich było prawo do posiadania na własność zasobów wodnych. Innymi słowy, od nieco ponad czterech dekad, woda jest w Chile najzwyklejszym dobrem rynkowym, podlegającym zasadom wolnego obrotu. „Konstytucja wolności” pozwoliła prywatnym podmiotom nabywać tereny, na których znajdują się ujęcia wody pitnej, jej zbiorniki, cieki wodne, a więc nawet rzeki czy jeziora. Woda, jako dobro znajdujące się na tym obszarze, wchodziła w jego skład, a więc właściciel terenu mógł nią rozporządzać w dowolny sposób. W czasach dyktatury taki paradygmat uzasadniany był na dwa sposoby. Po pierwsze, Piñera chciał za wszelką cenę uniemożliwić jakiekolwiek formy kolektywizacji ziemi czy zbiorowej własności zasobów naturalnych. Tych rozwiązań nienawidził programowo, bo były postulatami rządu Jedności Ludowej, którym kierował Salvador Allende i który dyktatura obaliła przemocą. Po drugie, pinochetyści zakładali, że prywatyzacja wody będzie stymulować rozwój gospodarczy, zwłaszcza w biedniejszej, rolniczej części kraju. Swobodne zarządzanie nią miało pozwolić, w myśli dogmatu leseferyzmu, na obudzenie w Chilijczykach genu przedsiębiorczości. To tutaj znajdują się teoretyczne podstawy tamtejszego kryzysu w dostępie do wody pitnej. Sam fakt prywatyzacji nie musiał doprowadzić do takich wynaturzeń, jakie dziś istnieją w Chile. Przy odpowiednim nadzorze instytucji państwowych, strategicznym podejściu do wody jako surowca wpływającego na bezpieczeństwo i zdrowie publiczne oraz przede wszystkim – działaniach antymonopolowych można było uniknąć sytuacji, w której dostępu do wody na co dzień nie ma co dwudziesty Chilijczyk, a w momentach ekstremalnej suszy – nawet co dziesiąty. Zamiast tego stworzono warunki do wyhodowania na wodzie gigantycznych fortun, co pogłębiło wzrost i tak znaczących nierówności społecznych. Chile powszechnie – i zgodnie z prawdą – postrzegane jest jako kraj bogaty jak na warunki Ameryki Łacińskiej. Państwo to notuje drugie najwyższe PKB na mieszkańca w całym regionie, lepiej – przynajmniej według pobieżnych statystyk – żyje się tylko przeciętnemu mieszkańcowi Urugwaju. Ten relatywny dobrostan przypisywany jest często zyskom z eksportu miedzi, w ostatnich latach rosnącemu zwłaszcza dzięki współpracy handlowej z Chinami. Miedź jednak już dawno przestała być jedynym źródłem chilijskiego bogactwa. Po pierwsze dlatego, że zyski z jej sprzedaży na globalnych rynkach nie trafiają w całości do budżetu. Po transformacji ustrojowej z przełomu lat 80. i 90. aż 10 procent zarobionych na tym surowcu pieniędzy zagwarantowały sobie siły zbrojne, wtedy dowodzone wciąż przez Augusto Pinocheta. To był prawnie usankcjonowany haracz, który prodemokratyczny obóz był gotów zapłacić za obietnicę zaakceptowania przez Pinocheta pokojowej transformacji demokratycznej i pozostania wojska w barakach, nawet jeśli na późniejszym etapie sytuacja w kraju miałaby wyglądać inaczej, niż mundurowi by sobie tego życzyli. Drugim czynnikiem jest rosnący w ostatnich trzydziestu latach udział rolnictwa przemysłowego w chilijskiej gospodarce. Dzisiaj, jak wskazują dane tamtejszej administracji prezydenckiej, 28 procent chilijskiego handlu zagranicznego stanowi żywność, a przychody z tego sektora odpowiadają za 11 procent PKB. Czym więc stoi Chile, jeśli nie miedzią? Kraj jest dziś największym na świecie producentem i eksporterem winogron stołowych (większość z tych, które kupują w supermarketach również polscy konsumenci, pochodzi właśnie z południa Ameryki Łacińskiej). Do tego dochodzą wiśnie oraz suszone owoce, przede wszystkim jabłka, w ostatnich latach coraz bardziej popularne na Globalnej Północy. I wreszcie – avocado. Owoc-symbol pokolenia millenialsów, przestereotypizowany do granic możliwości. Ale przede wszystkim – bijący rekordy popularności, co jest o tyle istotne, że jego produkcja pochłania niewyobrażalne ilości wody. Całość procesu produkcyjnego jednego tylko owocu avocado konsumuje aż 70 litrów wody pitnej. Przy założeniu, że średnia waga pojedynczego avocado to między 100 a 150 g, jeden kilogram wymaga nawet do 700 litrów wody. Dla porównania – siedmiominutowy prysznic zużywa do 60 litrów wody, jeden cykl mycia naczyń w zmywarce – od 9 do 12 litrów, pralka w przeciętnym programie prania codziennego – maksymalnie 80 litrów. Co więcej, w przypadku avocado mowa tu jedynie o wodzie używanej w samym rolnictwie, bez dodatkowego mycia po transporcie, które często ma miejsce w firmach pośredniczących w handlu żywnością. Jeśli przemnożyć to przez 220 tysięcy ton, a dokładnie tyle tego owocu wyprodukowano i wyeksportowano z Chile tylko w 2021 roku, łatwo zrozumieć skalę zużycia tego surowca i wywołany przez nią ogólny kryzys w zaopatrzeniu w wodę. Do tego dochodzi 100 tysięcy. ton produkowanych na rynek wewnętrzny, co też jest niemałą liczbą. I niemożliwą do zignorowania, bo avocado jest głęboko zakorzenione w chilijskiej kuchni i życiu codziennym. Znane tam pod nazwą palta, w wielu podstawowych daniach występuje jako źródło tłuszczu w roli podobnej do tej, którą w Europie odgrywa masło. Jak pokazują dane amerykańskiego Departamentu Rolnictwa, produkcja avocado w Chile wzrosła w ciągu ostatnich dwóch lat o rekordowe 57 procent Waszyngtońscy analitycy przypisują tę zmianę „sprzyjającym warunkom klimatycznym”. I faktycznie, zimy są coraz cieplejsze, przymrozki się nie zdarzają, dłużej jest gorąco. Ale już to, że chilijski plantatorzy mają niemal nielimitowany dostęp do fundamentalnie ważnej w tym procesie wody pitnej, kwestią warunków klimatycznych nie jest już ani trochę. Polityka na miarę możliwości W niektórych regionach w Chile rolnictwo pochłania dziś aż 80, a nawet 90 procent dostępnej wody pitnej. W pełni legalnie, bo prawo do handlu wodą jest przecież wolnością obywatelską chronioną przez wciąż obowiązującą ustawę zasadniczą. Choć wiele z jej zapisów było stopniowo zmienianych po upadku dyktatury w 1989 roku, to ogólny wydźwięk tego dokumentu pozostał nienaruszony. To wciąż konstytucja traktująca neoliberalną doktrynę jak jedyny dopuszczalny format stosunków ekonomicznych i społecznych. Jej całkowite odrzucenie nie było nikomu na rękę nawet po transformacji. Wywodzący się z tęczowej (z powodu swojego symbolu wyborczego), eklektycznej (od socjalistów po chadeków) koalicji zrzeszonej pod antypinochetowskim hasłem „NO!” liderzy demokratycznego Chile wprowadzili wolne wybory, wyrzucili wojskowych z cywilnych urzędów i rozpoczęli mozolny, bolesny proces rekoncyliacji po latach tortur i prześladowań. W kwestii zmiany, choćby stopniowej, paradygmatów ekonomicznych nie zrobili jednak nic. W pierwszych latach demokratycznej rzeczywistości tę niechęć dało się jeszcze usprawiedliwiać strachem przed ponownym przewrotem wojskowym. Obawą, by przypadkiem nie naruszyć interesów konserwatywnego mieszczaństwa, wciąż wierzącego w słuszność działań Pinocheta. W końcu Chile odrzuciło jego władzę większością, ale wcale nie przytłaczającą: 55 do 44 procent. Największe przedsiębiorstwa, ogromne nawet jak na Europę czy USA fortuny, sprywatyzowane dobra publiczne, takie jak edukacja czy transport publiczny – wszystko pozostawało w rękach prawicy, tej post-pinochetowskiej albo wręcz nadal przyklejonej do byłego dyktatora. Z tego środowiska wywodzi się Sebastian Piñera, dwukrotny prezydent Chile i brat Jose Piñery, twórcy „konstytucji wolności”. To on wprowadził do kraju karty kredytowe, potem rozwijał sprywatyzowane siłą w pierwszych latach dyktatury biznesy, między innymi telekomy i linie lotnicze. Dziś Harvard Business Review szacuje jego osobisty majątek na 3 mld dolarów. Historii bliźniaczych do tej jest w tamtejszej polityce mnóstwo, bo Chile to kraj niezwykle dynastyczny, w którym elity – niezależnie od ich ideologicznej orientacji – są bardzo zamknięte, wręcz wsobne na modłę średniowieczną. Co równie ważne, rozsiadają się od dziesiątek lat jednocześnie na politycznych tronach, finansowych fotelach prezesów, a czasem i przy ołtarzach. Te same rodziny, które w drugiej połowie lat 80. zawiązały pakt na rzecz demokracji, zaraz po jej ustanowieniu stworzyły umowę z drugą stroną sporu. Umowę, którą nazwać można wzajemnym paktem o doktrynalnej nieagresji. Obowiązkowe jest w tym miejscu podkreślenie, że nie był to ani kompromis zgniły, ani bezpodstawny. Wręcz przeciwnie – w swoim miejscu i czasie był prawdopodobnie najlepszym możliwym rozwiązaniem dla Chile, przynajmniej jeśli przyjąć definicję polityki według amerykańskiego naukowca społecznego Harolda Laswella, który określił ją „podejmowaniem decyzji w ramach tego, co realne”. Wojskowi zaakceptowali demokratyczne reguły gry, oddali władzę, powstrzymali rządzę zemsty za przegrane referendum. Transformacja odbyła się bez rozlewu krwi, co w kraju naznaczonym śmiercią 30 tysięcy współobywateli za ich poglądy polityczne wydawało się scenariuszem nieprawdopodobnym. Pogłębianie demokracji odbywało się stopniowo, choć systematycznie. Oczywiście – dla wielu za wolno, choć inni woleli nie ryzykować. Wszystko wtedy w Chile działo się tak, jak w swoim inauguracyjnym przemówieniu zapowiedział to pierwszy prezydent ery post-pinonchetowskiej, Patricio Aylwin: „mediados de lo posible”. W miarę możliwości tego, co realne. To, co broniło się w pierwszych latach demokracji, traciło legitymizację tym bardziej, im więcej czasu upływało od zmiany ustrojowej. Paradygmaty jednak nie drgnęły, zwłaszcza w gospodarce. I w tym właśnie chyba zawiera się esencja trudności, które ze zrozumieniem chilijskiego casusu mają w Europie niemal wszyscy. Mieszkając w Chile, rozmawiając z Chilijczykami, badając historię i polityczność tego kraju człowiek orientuje się bardzo szybko – a przynajmniej powinien – o różnicach na poziomie definicyjnym. Mówiąc o dyktaturze, w Polsce i większości krajów tej części świata myślimy o systemie władzy politycznej, wobec którego doktryna ekonomiczna jest co najwyżej wtórna. Na myśl przychodzą nam skojarzenia z siłowym zamachem stanu, rządami wojskowych, godziną policyjną, brakiem pluralizmu politycznego, szerokimi represjami. Zastanawiające jest jednak to, że nie myślimy przy tym o innych dziedzinach życia, jakby polityczna przemoc się na nie nie rozlewała. Krótko mówiąc, dyktatura to ustrój polityczny. Niemożliwe jest więc dla nas określenie tym mianem kraju, który na płaszczyźnie politycznej spełnia wszystkie demokratyczne warunki. Przeprowadza wolne wybory, rejestruje różne ideowo partie polityczne, pozwala na działalność wolnych mediów. Chilijczycy pojęcie to rozpatrują znacznie szerzej. Dla nich dyktatura może mieć – i często ma – również wymiar ekonomiczny. Dominującą doktrynę relacji materialnych też nierzadko przecież narzuca się siłą i kontroluje poprzez przemoc, nawet jeśli wokół panuje duch ogólnego demokratycznego współżycia i obywatelskich wolności gwarantowanych prawem. Chilijczycy rozumieją bowiem, że przemoc ta nie zawsze manifestuje się mundurem czy lufą karabinu. (Nie)dokończona transformacja Dlatego wielu w Chile mówi dziś, że tamtejsza transformacja ustrojowa była co najwyżej połowiczna. W przestrzeni gospodarczej nie zaszła bowiem prawie w ogóle, co doskonale widać na przykładzie wody. Choć prawo do obracania nią jak dobrem rynkowym w konstytucji zapisał na początku lat 80. Jose Piñera, to cały sektor gospodarki w pełni sprywatyzowano dopiero w 1998 roku, już po transformacji politycznej, za prezydentury Eduardo Freia, chadeka z jednej z najbardziej wpływowych politycznych dynastii w historii Chile. Frei był jednym z kluczowych liderów pro-demokratycznej opozycji, osobiście wielokrotnie negocjował warunki transformacji z Pinochetem. Kiedy sam został prezydentem, pozostał wierny wielu ideom z epoki generała, choć świat, a w nim Chile, mocno się zmieniły. Właśnie dzięki niemu od 1998 roku to prywatne spółki zaopatrują Chilijczyków w wodę. Wtedy to w życie weszła ustawa wprowadzająca system koncesji na zarządzanie źródłami wody. Jedyną rolą, jaką w tym zakresie zostawiło sobie chilijskie państwo, to możliwość odmowy na wydanie takiej koncesji – co zdarza się niezwykle rzadko. W dodatku koncesje te są bezpłatne, więc trudno taki ruch uzasadniać chociażby wpływami do budżetu. Rynek ten nie jest więc w żaden sposób regulowany – z kilku przyczyn. Po pierwsze, państwo wycofało się z niego w całości. Po drugie, z czysto teoretycznego punktu widzenia ciężko jest wyobrazić sobie w tym obszarze uczciwą rynkową konkurencję. Bo jak miałaby wyglądać? Firmy budowałyby własne sieci kanalizacyjne? Oferowałyby sprzedaż wiązaną, woda w pakiecie z innym produktem? Taryfy rodzinne, dla studentów, dla emerytów? Lepsza woda dla bogatych, gorszej jakości dla ubogich? Gwarancja dostępu nawet w czasie burz, powodzi i suszy? Woda jest przecież surowcem niezbędnym do podtrzymywania życia z biologicznego punktu widzenia, korzystać z niej będzie każdy, zawsze. Oddanie jej w ręce zaledwie kilku przedsiębiorstw, które kierują się wyłącznie zasadą maksymalizacji zysków było ze strony chilijskich władz posunięciem narażającym zdrowie i życie milionów własnych obywateli. Sprawowanie przez prywatne podmioty całkowitej kontroli nad zasobami wodnymi nic więc nie kosztuje i jest jeszcze chronione przez konstytucję. Ten aspekt kapitalizmu w Chile doprowadził do niespotykanych wynaturzeń. Dobrze ilustruje to kwestia dostępu do wody w stolicy kraju Santiago de Chile, olbrzymiej, rozlazłej metropolii, w której według różnych szacunków mieszka od 6,5 do nawet 8 mln Chilijczyków, czyli około jedna trzecia populacji kraju. Zdecydowana większość z nich wodę otrzymuje od spółki Aguas Andinas, której właścicielem jest globalny konglomerat wodny Suez. To holding wywodzący się z Francji, ale działający na wszystkich zamieszkałych kontynentach. Na co dzień zaopatruje w wodę 135 mln ludzi, zarabiając na tym 9,7 mld euro rocznie – jak wynika z danych raportu Global Water Intelligence. W stolicy Chile Aguas Andinas mają monopol, bo dostarczają wodę praktycznie wszystkim, którzy mają do niej stały dostęp. Aguas Andinas kontroluje samą wodę, ale korzysta z miejskiej infrastruktury, dlatego technicznie to władze publiczne podejmują decyzje o ewentualnym wstrzymaniu dostaw. Spółka jedynie informuje miasto, czy wody będzie wystarczająco dużo, żeby zaspokoić zapotrzebowanie. Jeśli nie – zadaniem władz jest rozwiązanie tego problemu. Jakie by nie było, nigdy nie obejmie wszystkich mieszkańców stolicy. Milion z nich, którzy według statystyk są poza obszarem działania spółki, to osoby, do których wodę i tak dowozić trzeba beczkowozami – nie tylko w czasie suszy. A ta w 2022 roku przyjęła szczególnie ciężką formę. 11 kwietnia władze Santiago ogłosiły czterostopniowy plan racjonowania wody w kranach. W zależności od aktualnej sytuacji w zbiornikach zaopatrujących miasto, przede wszystkim tych położonych w pobliskich górach, oraz poziomu wody w stołecznych rzekach Maipo i Mapocho, obowiązywać będzie jeden z kolorowych stopni alarmowych – od zielonego do czerwonego. Ten ostatni oznacza całkowite odcięcie dopływu wody, czyli suche krany. Obejmie obszary miasta rotacyjnie, co 4, 6 lub 12 dni. W najgorszym możliwym scenariuszu bez wody dziennie pozostawać będzie nawet do 1,7 mln osób. To jednak wszystko odbiorcy detaliczni, ewentualnie duże podmioty, jak szkoły czy szpitale. Racjonowanie wody nie obejmie wielkich gospodarstw rolnych, bo przecież nie znajdują się one na terenie miasta. A w dodatku korzystają z własnych, prywatnych źródeł wody, do których prawo dała im konstytucja. Nierzadko więc rolniczy potentaci zmieniają geografię i środowisko tak, by susza ich nie dotykała. Dokładnie stąd wzięła się tragedia Laguny de Aculeo. Jezioro wyschło, bo woda z zasilających je rzek została skierowana na prywatne plantacje. Nie było jej więc ani z dopływów, ani z coraz rzadszego deszczu. W tym samym czasie rosła produkcja avocado, tak samo jak zyski zaangażowanych w nią przedsiębiorców. Podręcznikowym przykładem zamknięcia elit, sprywatyzowania całej domeny publicznej i nienaruszalności interesów post-pinochetowskiej prawicy jest postać Antonio Walkera, ministra rolnictwa w administracji Sebastiana Piñery. Walker łączył funkcję szefa resortu odpowiedzialnego za produkcję żywności z byciem jednym z jej największych wytwórców. Według wyliczeń portalu El Mostrador należące do niego gospodarstwa zużywają 29 tysięcy litrów wody na sekundę. A w czasie swojej kadencji w rządzie bardzo ochoczo bronił deregulacji, sugerując wręcz, że susza jest problemem wymyślonym przez lewicową opozycję. Grób neoliberalizmu Czy Chile jest w stanie wydostać się z tej spirali wynaturzonego kapitalizmu? Jeszcze kilkanaście miesięcy temu wielu miało nadzieję, że tak. Przez kraj przetaczała się fala protestów społecznych, które można było interpretować jako votum nieufności dla całej klasy politycznej i których celem było unieważnienie post-transformacyjnego kompromisu. Ulica odrzucała polityków, chciała władzy dla obywateli. Na fali tego entuzjazmu doszło do referendum konstytucyjnego i wybrania nowego ciała – konstytuanty, które ma napisać przyszłą ustawę zasadniczą. Jej projekt został zresztą już zaprezentowany. 4 lipca w parlamencie przedstawiono 388 artykułów nowej ustawy zasadniczej, w tym jeden szczególnie ważny, definiujący wodę jako dobro powszechne i niekomercjalizowalne. Nowy jest też prezydent, lewicowy działacz Gabriel Boric, najmłodszy w historii Chile, zaledwie 36-letni. W polityce wielkiego doświadczenia nie ma, bo zdobywał je gdzie indziej. Był studenckim liderem, miejskim aktywistą, postacią znaną na szczeblu ogólnokrajowym, choć poza głównym nurtem debaty publicznej. Po prezydenturę szedł w ubiegłym roku z chwytliwym sloganem mówiącym, że jeśli Chile jest kolebką neoliberalizmu, on sprawi, że stanie się też jego grobem. Wszystko szło więc we właściwym kierunku, dopóki dawnym aktywistom, działaczom społecznym czy wykładowcom nie przyszło uprawiać realnej polityki. Choć wybory do konstytuanty zakończyły się klęską tradycyjnych partii, nowe formacje szybko zaczęły replikować ich strategie. Anty-elita stała się elitą. A Boric szybko przekonał się, że postulatami antysystemowymi dobrze jest żonglować na wiecach, czasem da się też dzięki nim wygrać wybory, ale dużo trudniej za ich pomocą sprawować władzę. Dziś prezydent jest najmniej popularnym politykiem swojej własnej administracji. Dobrze ocenia go 44 procent respondentów, źle – 47. To i tak przyzwoity wynik, w maju ta druga liczba dochodziła nawet do 57 procent. Tylko 42 procent Chilijczyków popiera też projekt nowej konstytucji, a referendum w sprawie jej przyjęcia odbędzie się już 4 września. Przede wszystkim jednak wobec Boricia pojawiają się zarzuty ze strony tych, z którymi jeszcze niedawno stał na ulicznej barykadzie. Zwłaszcza aktywiści ekologiczni krzyczą, że sprzedał się starym elitom, że za łatwo chodzi na kompromisy. Że jest Amarillo, Żółty, co jest kolorem zdrady. Nowy prezydent próbuje realizować swoje kampanijne postulaty, ale napotyka na bariery, głównie ekonomiczne i strukturalne. Większości z nich nie jest w stanie pokonać, bo jego kraj nie jest wyspą, cierpi na te same problemy gospodarcze, co reszta świata. Gabriel Boric boleśnie uczy się więc tego, co wiedział Patricio Aylwin i wszyscy pierwsi demokraci – że wszędzie, nawet w Chile, polityka istnieje tylko w ramach tego, co realne.

jak sucha studnia wodę tekst